wtorek, 31 marca 2015

Pierwszy rok - rozdział 5

 Kiedy obudziłam się rano w komnacie było bardzo ciemno. Zaspana wyciągnęłam z kufra pierwsze lepsze ubranie i powlokłam się do łazienki. Założyłam jeansy i kremową bluzkę. Związałam włosy w kucyka i wyszłam. Reszta powoli się budziła. Uśmiechnęłam się do Katie, włożyłam wisiorek i szatę, a potem wyszłam do w pokoju wspólnego. Malfoy siedział na kanapie i wyraźnie na kogoś czekał. 
- Crabbe i Goyle każą Ci czekać? Nie ładnie z ich strony. - powiedziałam. 
- Nie czekam na nich Niedoszła Krukonko. - odrzekł nie miło blondyn. 
- To na kogo czekasz? 
- No jak na kogo? Na jego najlepsiejszego współlokatora. Tak nawiasem mówiąc to jedynego. 
 Ze schodów zszedł czarnoskóry chłopak z czarnymi włosami i podłużnymi, skośnymi oczami. Uśmiechał się szeroko. Był ubrany w ciemne spodnie, zieloną bluzę i szatę. Podszedł do Draco i rozczochrał mu włosy. 
- Miło mi, jestem Blaise Zabini - podał mi rękę. - a ty?
- Megan Farewell. - uścisnęłam jego dłoń. 
- To ty jesteś tą... jak to mówiłeś Smoku? Niedoszłą Krukonką, prawda? 
- No niestety, ale cóż. To Tiara wybierała, a nie ja. - wzruszyłam ramionami. 
- A powiedziała Ci coś? Mi mówiła, że taki próżniak może trafić tylko do jednego domu. - uśmiechnął się szeroko. 
- Mi powiedziała... Mogę zacytować? - kiwnął głową i słuchał uważnie. - ,,Hmm... chcesz trafić tam gdzie ojciec, ale też tam, gdzie matka. Z tobą nie będzie problemu...'' A potem krzyknęła Slytherin. 
- Masz zadziwiającą pamięć. - stwierdził Blaise. 
- Dziękuje. 
- Szkoda, że nie umie panować tak nad emocjami. - mruknął blondyn. 
- A to niby czemu Smoku? 
- Wczoraj jak ją przydzielili to siedziała tam jak słup soli. Patrzyła pustym wzrokiem. To było komiczne. 
 Popatrzyłam na niego z niedowierzanie, a zaraz potem wybiegłam z pokoju wspólnego. Nie trwało to długo, bo Zabini złapał mnie za ramię, okręcił i powiedział:
- Przepraszam za niego. To musi być dla ciebie trudne, ale co powiesz na to, że razem pójdziemy do Wielkiej Sali na śniadanie? 
- A on z nami pójdzie? - wskazałam na pustą ścianę. 
- Raczej nie. To co, idziemy?
 Pokiwałam głową i uśmiechnęłam się do niego. Odwzajemnił uśmiech. Wyszliśmy z lochów i ruszyliśmy na poszukiwania Wielkiej Sali. Zabini nie drążył tematu tiary, ale cały czas opowiadał żarty i się wydurniał. Po pięciu minutach krążenia po szkole wpadliśmy na prefekta Gryffindoru, który zaprowadził nas na śniadanie. Podziękowałam mu i ruszyliśmy do stołu domu węża. Nie znam nikogo kto przy nim siedzi. Zabrałam się do jedzenia. Nie pamiętam czy wczoraj jadłam, ale co mi tam. Jak wczoraj nie skonsumowałam tego pysznego jedzenia to dzisiaj to nadrobię. Nagle na moim talerzu pojawiła się kartka. Przyglądnęłam się jej. Rogi miała ozdobione wijącymi się wężykami. Uśmiechnęłam się na ten widok. Zaczęłam czytać. Okazało się, że to mój plan lekcji. Spojrzałam na Blaise'a i spytałam:
- Co masz pierwsze? 
- Obronę przed czarną magią, a ty? 
- Ja również. 
- To świetnie. - uśmiechnął się do mnie szeroko. 
 Przez drzwi wszedł Draco. Był sam. Nowość, że nie ma przy nim Crabbe'a czy Goyle'a. Usiadł obok Zabini'ego i spytał:
- Diable jak możesz się z nią zadawać?
- Tak bardzo Ci to przeszkadza Smoku?
 Draco smokiem? Śmiechu warte. Przestałam zwracać uwagę na ich rozmowę. Polubiłam Blaise'a. Jest strasznie zabawny. Może się z nim zaprzyjaźnię? Trochę wątpię czy by chciał. W końcu ma blondyna. Wstałam od stołu nie odzywając się. Podeszłam do Ślizgonki ze starszego roku i spytałam:
- Mogłabyś mi pokazać, gdzie jest sala do obrony przed czarną magią?
- Oczywiście. - wstała. - Dobrze trafiłaś mała. Jestem prefektem. 
 Ruszyłam za Ślizgonką. Chodziłyśmy po krętych korytarzach, aż zatrzymała się przy jakiś drzwiach. 
- To tutaj. Nie wchodź do środka tylko poczekaj na nauczyciela. Quirrell jest zabawny, ale umie uczyć. Życzę powodzenia. 
- Dziękuje. 
 I odeszła. Powoli zaczęli się schodzić inni uczniowie. Wśród nich dostrzegłam dwie czupryny. Jedną blond, a drugą czarną. Od razu wiedziałam kto to jest. Zabini tłumaczył coś Malfoy'owi. Na mój widok uśmiechnął się i pomachał do mnie. Odmachałam mu, ale zaraz tego pożałowałam. Ruszył w moją stronę ciągnąc za sobą Dracona. Blondyn trochę się mu wyrywał, ale po chwili obaj stali obok mnie. 
- Megan - rozpoczął Zabini. - Co powiesz na to, że we trójkę się zaprzyjaźnimy?
- Z tobą bardzo chętnie Blaise, ale z nim nie ma mowy. - odpowiedziałam. 
- A co mogę zrobić, żebyś z nim też się zakolegowała? 
- Malfoy musi mnie przeprosić za nazywanie ,,Niedoszłą Krukonką''.
- Słyszałeś Smoku? Do roboty. 
- Malfoy'owie nie przepraszają. - mruknął Draco, ale Zabini spojrzał na niego oczami z piorunami, więc blondyn powiedział. - Przepraszam.
 Uśmiechnęłam się szeroko i podałam mu rękę na zgodę. Chodź znam Draco od wczoraj to nigdy bym nie przypuszczała, że usłyszę z jego ust ,,przepraszam''. Do sali podbiegł blady młodzieniec. Był bardzo zdenerwowany. 
- Z-z-z-zapraszam. - wyjąkał i otwarł drzwi. 
 Weszliśmy do sali. Od razu usiadłam na samym końcu. Nie lubię być w centrum uwagi. Przysiedli się do mnie Blaise i Draco. Młodzieniec stanął przy katedrze. Na głowie miał założony turban. W całej sali śmierdziało czosnkiem. Nauczyciel chrząknął i zaczął mówić:
- W-w-witajcie. J-j-jestem Q-quirrel i b-będę was u-uczył ob-b-rony p-przeciw cie-e-emnym m-m-mocom. - mamrotał powoli. - Z-z-zacz-czniemy od t-te-teorii...
Zaczęłam notować wszystko, co  mówił. Choć to nie było proste, a działały na to trzy czynniki. Po pierwsze Quirrel strasznie się jąkał i długo musiałam czekać, aż skończy mówić jedno słowo. Po drugie Malfoy i Zabini przez cały czas gadali , a blondyn w kółko przedrzeźniał Quirrela. I po trzecie: Blaise jeśli nie wydurniał się z tym drugim to mówił do mnie. Lekcja minęła w miarę szybko. Gdy tylko się skończyła szybko wrzuciłam swoje rzeczy do torby i wręcz wybiegłam z sali. Zrobię wszystko, bym tylko nie musiała spędzać czasu z tymi dwoma Ślizgonami. Kiedy byłam po za zasięgiem ich wzroku spojrzałam na plan lekcji. Zielarstwo. Tylko gdzie to może być?
- Czy nasza psiapsiułeczka nie wie gdzie mamy następną lekcje? - szepnął mi ktoś do ucha.
 Odwróciłam się, a za mną stał nie kto inny jak Zabini. Czy ja nigdy się do nich nie uwolnię?
- Przykro mi Zabini, ale wiem gdzie mam następną lekcje. - skłamałam.
- Bardzo mi przykro Krukoneczko, ale kłamca z ciebie marny. - powiedział blondyn.
 Spojrzałam na niego spode łba i ruszyłam przed siebie. Nawet jeśli Blaise to materiał na przyjaciela to Draco jest skończonym kretynem. Podeszłam do jakiejś uczennicy i spytałam:
- Mogłabyś mi pokazać, gdzie jest sala od zielarstwa?
 Odwróciła się w moją stronę. Pierwsza rzecz, która przyciągnęła moją uwagę to jej szata. Był na niej herb Ravenclawu. Dziewczyna uśmiechnęła się do mnie promiennie i kazała iść za sobą.



 Wychodzę z sali od eliksirów i ruszam w stronę pokoju wspólnego. Staję przed pustą ścianą. Jakie jest to hasło? A trzeba było wczoraj słuchać! Usiadłam pod ścianą i czekałam na jakiegoś Ślizgona lub Ślizgonkę. Lekcje minęły mi bardzo szybko. Zrobiłam też mnóstwo notatek. Moi rodzice powtarzają, że notatki są najważniejsze. Zaraz po zajęciach z zaklęć poszłam się spytać nauczyciela, czy istnieje zaklęcie ciszy. On to potwierdził, ale nie chciał mi go zdradzić. Przydało by mi się na Malfoy'a. On razem z Blaise'm przeszkadzali mi co lekcje. Usłyszałam kroki więc podniosłam wzrok. O WILKU MOWA! Zabini dumnym krokiem szedł w moją stronę.
- Nie słuchałaś wczoraj prefekta, prawda? - spytał rozbawiony.
- Tylko trochę Blaise. Podasz mi hasło? Muszę się doprowadzić do porządku.
- Mówisz jak dorosła. - spojrzał na ścianę i powiedział: Książę Slytherinu.
- Tak mnie wychowano. - odpowiedziałam wchodząc do pokoju.
- Czyli wychowano Cię... - rozpoczął.
- Na Krukonkę. Brawo za spostrzegawczość Zabini.
- Zatrzymał się, a ja spojrzałam na niego zdziwiona.
- A może mów mi Diabeł. - zaproponował.
- Dlaczego Diabeł?
- Podobno mam diabelskie oblicze. - uśmiechnął się szeroko. - Poczekam na ciebie.
- Dobrze Diabełku.
 Poszłam do mojego domitorium. Zdjęłam szatę i wyciągnęłam inne ubranie z kufra. Poszłam do łazienki. Przebrałam spodnie na czarne. Zrzuciłam bluzkę i wciągnęłam przez głowę biały podkoszulek. Na to założyłam czarny żakiet. Rozpuściłam włosy, a wisiorek pozostawiłam w ukryciu. Ciekawe dlaczego mam go chować? Może mi dzisiaj odpiszą. Wyszłam z łazienki, schowałam swoje rzeczy i wyszłam z pokoju wspólnego. Blaise siedział już wygodnie na kanapie, ale nigdzie nie było Draco. Przynajmniej jego mam z głowy. Czarnowłosy spojrzał na mnie i wstał. Bez słowa ruszyliśmy do Wielkiej Sali. Trafiliśmy tam bez trudu. Świetnie! Pierwszy dzień szkoły, a ja już znam drogę do Wielkiej Sali! Oby tak dalej! Podeszliśmy do stołu domu węża i usiedliśmy. Właśnie! Od wczoraj gnębi mnie jedno pytanie.
- Gdzie trafił Potter?
- Ol yba lo Glyfóf, a dzo? - odpowiedział Zabini z pełną buzią.
- Nie, nic.
 Nie dość, że nie trafiłam tam gdzie chciałam, to jeszcze nie mam Potter'a w domu. Czy to wszystko, co może mnie spotkać? Nagle do Wielkiej Sali zaczęły wlatywać sowy. Od razu dostrzegłam Jane. Podleciała do naszego stolika i wylądowała przed moim talerzem. Odwiązałam liścik od jej nóżki i przeczytałam:

       ,, Kochanie!
              Przykro jest nam to pisać, ale zawsze wiedzieliśmy, że tam trafisz. Liczyliśmy
             na to, że nasze wychowanie to zmieni, ale chyba nam się to nie udało. Wyjaśnimy
            Ci wszystko podczas ferii świątecznych. Mamy do ciebie prośbę. Idź do dyrektora 
            i powiedz mu, że masz sprawę do Antoniego Farewell'a, a potem pokarz mu wisior.
            On Ci wytłumaczy początek, a my koniec. 
                                                                                                Kochamy Cię. Mama i Tata. ''

 Z niedowierzaniem przeczytałam go kilka razy. Co to znaczy, że zawsze wiedzieli?! Adoptowali mnie czy co? Ciekawie o jakie wychowanie chodzi. Zakaz oddalania się od domu? Zakaz rozmów z dziećmi? A może chodzi im o codzienną naukę przez dwie godziny? Byłam szczęśliwa, bo myślałam, że tak mają wszyscy. O co to może chodzić? 
- Megan? - Zabini złapał mnie za ramię .
 Podskoczyłam jak oparzona. 
- Co się stało? - spytał Blaise. 
- Nic takiego. - odpowiedziałam, ale ten wyrwał mi list. 
 Przeczytał go, a potem spytał. 
- Po co masz iść do dyrektora? 
- Nie wiem, ale pójdę. 
- Mogę iść z tobą? 
- Gdzie iść? - do rozmowy wciął się siadający Draco. 
- Nie twój interes Malfoy. - syknęłam, a potem zwróciłam się do czarnowłosego. - Oczywiście, że możesz ze mną iść Diabełku. 
- No to super! Kiedy idziemy? - Zabini zignorował krztuszącego się Draco. 
- Najlepiej teraz. - wstałam od stołu, a Blaise za mną. Blondyn wyglądał jakby zaraz miał wyjść z siebie. 
 Ruszyliśmy w stronę wyjścia. Jak znajdziemy gabinet dyrektora? Spytałam o to Zabini'ego, ale on tylko powiedział, żebym mu zaufała. Pokiwałam tylko głową, a on zaczął prowadzić. Po chwili znaleźliśmy się przed gabinetem nauczyciela od eliksirów. Jest nim Snape. On też jest opiekunek naszego domu. Zapukałam do drzwi.
- Wejść! - usłyszałam krzyk ze środka. 
 Powoli otwarłam drzwi. Niewielki ciemny pokoik był wypełniony półkami na których stały książki. Po środku pokoju stało biurko, za którym siedział Snape. Miał czarne włosy i ciemną pelerynę. 
- O co chodzi? - mruknął. 
- Przepraszam, że niepokoimy panie profesorze, ale przed chwilą otrzymałam list od rodziców, w którym każą mi iść do dyrektora, ale nie wiemy gdzie to jest. Mógłby nas pan zaprowadzić? 





 Jak na razie to koniec. Postanowiłam, że rozdziały będą się pojawiały, co 2 tygodnie w poniedziałek. Czyli kolejny 13 kwietnia. Mam nadzieję, że się wam podobało i liczę na szczere komentarze. Każdy biorę do serca i staram się poprawiać wszystkie błędy. 
Pozdrawiam! 

poniedziałek, 23 marca 2015

Pierwszy rok - rozdział 4

 Brama natychmiast się otworzyła. Stała w niej wysoka, czarnowłosa czarownic w szmaragdowozielonej szacie. Miała srogą twarz. To chyba nie jest osoba, którą można zignorować. 
- Pirszoroczni, pani profesor McGonagall. - oznajmił olbrzym. 
- Dziękuje Ci Hagridzie. Sama ich stąd zabiorę. 
 Otworzyła szerzej drzwi. Sala wejściowa była ogromna. Płonące pochodnie oświetlały kamienne ściany. Wspaniałe marmurowe schody wiodły na piętro. Ruszyliśmy za panią profesor po kamiennej posadzce. Zza drzwi po prawej stronie dochodził ożywiony gwar. Pewnie reszta uczniów już tam jest. Profesor McGonagall zaprowadziła nas do pustej komnaty z drugiej strony. Staliśmy tam ściśnięci. Rozglądałam się we wszystkie strony, kiedy czarownica zaczęła mówić: 
- Witajcie w zamku Hogwart. Bankiet rozpoczynający nowy rok wkrótce się zacznie, ale zanim zajmiecie swoje miejsca w Wielkiej Sali, zostaniecie przydzieleni do domów. Ceremonia przydziału jest bardzo ważne, ponieważ podczas całego pobytu w Hogwarcie wasz dom będzie czymś w rodzaju rodziny. Będziecie mieć zajęcia razem z innymi mieszkańcami waszego domu, będziecie spać razem z nimi w domitorium i spędzać razem czas wolny w pokoju wspólnym. Są cztery domy: Gryffindor, Hufflepuff, Ravenclaw i Slytherin. Każdy dom ma swoją zaszczytną historię i z każego wyszli na świat słynni czarodzieje i znakomite czarodziejki. Tu, w Hogwarcie, wasze osiągnięcia będą chlubą waszego domu, zyskując mu punkty, a wasze przewinienie będą hańbą waszego domu, który przez was utraci część punktów. Dom, który osiągnie najwyższą liczbę punktów przy końcu roku, zdobędzie Puchar Domów, co jest wielkim zaszczytem. Mam nadzieję, że każde z was będzie wierne swojemu domowi, bez względu na to, do którego zostanie przydzielone. Ceremonia przydziału odbędzie się za kilka minut w obecności całej szkoły. Zalecam wykorzystanie tego czasu na zadbanie o swój wygląd. 
 Przebiegła po nas wzrokiem.
- Wrócę, kiedy będziecie gotowi. - oznajmiła. - Proszę zachować spokój. 
 Wyszła z komnaty. Mam nadzieję, że tiara dobrze mnie przydzieli. Draco nagle zmaterializował się obok mnie. Nie było przy nim Crabbe'a i Goyle'a.
- Gdzie masz resztę? - spytałam szeptem. 
- Nie mogli się przecisnąć. 
 Nagle ktoś krzyknął: 
- Co to...
 Dech mi zaparło. Przez ścianę przeniknęła około dwudziestu duchów. Perłowobiałe lekko przeźroczyste, szybowały w komnacie, rozmawiając między sobą, i nie zwracając uwagi. Wyglądało na to, że o coś się spierają. Duch małego, grubego mnicha mówił: 
- Przebaczać i zapominać, powtarzam, to nasza zasada. Powinniśmy mu dać jeszcze jedną szanse...
- Mój drogi Mnichu, czyż nie daliśmy już Irytkowi wszystkich szans na jakie zasługiwał? I wciąż nas oczernia, a przecież tak na prawdę wcale nie jest duchem... Hej, a wy co tu robicie? 
 Milczałam jak zaklęta. Reszta chyba też. 
- Nowi studenci! - powiedział Minch, uśmiechając się w naszą stronę. - Czekacie na przydział, co?
 Kiwnęłam głową patrząc na niego. 
- Może spotkamy się w Hufflepuffie! - rzekł Mnich. - To mój stary dom. 
- No idziemy! - rozległ się ostry głos. - Ceremonia przydziału zaraz się rozpocznie. 
 Wróciła profesor McGonagall. Wszystkie duchy siąknęły w ścianę. 
- A teraz proszę stanąć rzędem i iść za mną. - poleciła.
 Stanęłam za dziewczyną z brązowymi włosami, a Malfoy za mną. Nareszcie nie będę go musiała znosić! Ravenclavie witaj! Wyszliśmy gęsiego z komnaty, a potem przeszliśmy przed sale wejściową i przez podwójne drzwi wkroczyliśmy do Wielkiej Sali. 
 To miejsce było niesamowite! Oświetlały je tysiące świec unoszących się w powietrzu ponad czterema długimi stołami, za którymi siedziała reszta uczniów. Stoły były zastawione złotymi talerzami i pucharami. U szczytu stał jeszcze jeden długi stół, przy którym zasiadali nauczyciele. Właśnie tam nas zaprowadziła. Kazała się zatrzymać w szeregu, twarzami do reszty uczniów. Ze wszystkich stron nacierały na mnie zaciekawione spojrzenia uczniów i duchów. Aby na nich nie patrzeć spojrzałam w górę. Było tam aksamitne sklepienie upstrzone gwiazdami. Odwróciłam wzrok od nieba i spojrzałam na McGonagall. Ustawiła przed nami stołek o czterech nogach. Leżała na nim szpiczasta tiara czarodziejska, wystrzępiona, połatana i okropnie brudna. Patrzyłam na nią, a tiara nagle drgnęła. Szew w pobliżu krawędzi rozpruł się szeroko jak otwarte usta i tiara zaczęła śpiewać:

Może nie jestem śliczna,
Może i łach ze mnie stary,
Lecz choćbyś świat przeszukał,
Tak mądrej nie znajdziesz tiary.
Możecie mieć meloniki,
Możecie mieć panamy,
Lecz jam jest Tiara Losu,
Co jeszcze nie jest zbadany.
Choćbyś swą głowę schował
Pod pachę albo w piasek,
I tak poznam kim jesteś,
Bo dla mnie nie ma masek.
Śmiało, dzielna młodzieży,
Na głowy mnie wkładajcie,
A ja wam zaraz powiem,
Gdzie odtąd zamieszkacie.
Może w Gryffindorze,
Gdzie kwitnie męstwa
cnota,
Gdzie króluje odwaga
I do wyczynów ochota.
A może w Hufflepuffie,
Gdzie sami prawi mieszkają,
Gdzie wierni i sprawiedliwi
Hogwarta szkoły są chwałą.
A może w Ravenclawie
Zamieszkać wam wypadnie
Tam płonie lampa wiedzy,
Tam mędrcem będziesz snadnie.
A jeśli chcecie zdobyć

Druhów gotowych na wiele,
To czeka was Slytherin,
Gdzie cenią sobie fortele.
Więc bez lęku, do dzieła!
Na głowy mnie wkładajcie,
Jam jest Myśląca Tiara,
Los wam wyznaczę na starcie

 Wszyscy zaczęli klaskać, kiedy tiara zakończyła swój śpiew. Potem skłoniła się przed każdym z czterech stołów i ponownie znieruchomiałą. Tata mi o tym opowiadał. Nic strasznego. Profesor McGonagall wystąpiła trzymając w ręku długi zwój pergaminu. 
- Kiedy wyczytam nazwisko i imię, dana osoba nakłada tiarę i siada na stołku. Abbott, Hanna!
 Z szeregu wystąpiła dziewczyna o różowej buzi i jasnych mysich ogonkach, nałożyła tiarę, która opadła jej prawię na nos, i usiadła. Chwilę później...
- HUFFLEPUFF! - krzyknęła tiara. 
 Przy stole po prawej stronie rozległy się oklaski i krzyki aplauzu. Hanna podreptała do niego i usiadła.
- Bones, Susan! 
- HUFFLEPUFF! - wrzasnęła znowu tiara, a Susan usiadła obok Hanny.
- Boot, Terry!
- RAVENCLAW!
 Teraz rozległy się wiwaty przy drugim stole na lewo. Terry grzej mi miejsce.
- Brocklehurst, Mandy!
- RAVENCLAW!
 Może będę z nią w domitorium?
- Brown, Levander!
- GRYFFINDOR!
 Wybuchły oklaski przy krańcowym stole po lewej stronie. 
- Bulstrode, Millicenta!
- SLYTHERIN!
 Draco będzie miał nową koleżankę. Crabbe już przeszedł i trafił do Slytherinu. Brawo Crabbe. Kilka osób minęło, a profesor McGonagall krzyknęła:
- Farewell, Megan! 
 Wyszłam z szeregu, usiadłam na krześle i założyłam tiarę. 
- Hmm... - usłyszałam w uchu cichy głosik. - Chcesz trafić tam gdzie ojciec, ale też tam, gdzie matka. Z tobą nie będzie problemu...
- SLYTHERIN! 
 Tiara wrzasnęła, a ja skamieniałam. Jak w transie zdjęłam tiarę, podeszłam do stołu i usiadłam obok Crabbe'a. Jak to możliwe? Przecież oboje moi rodzice byli z Ravenclawu. To jest jakiś błąd! Dlaczego tu trafiłam? Na Merlina! Czy to kara za to, że byłam taka pewna siebie? Obok mnie usiadł Goyle, a zaraz potem dołączył też Draco. Miał szeroki uśmiech na ustach. Zamienił się miejscem z Gregorym i spytał:
- Jak się ma nasza niedoszła Krukonka?
- Daj mi spokój Malfoy. - mruknęłam. 
 Na stole pojawiło się jedzenia. Ignorowałam wszystko. Już nic mnie nie obchodziło. Jak mogłam tu trafić? Zjadłam pierwsze rzeczy, które wpadły mi w ręce. Po jakimś czasie blondyn postukał mnie po ramieniu. Spojrzałam na niego zdziwiona. Okazało się, że wszyscy idą do pokojów wspólnych. Wstałam i ruszyłam z tłumem uczniów. Słyszałam szepty podniecenia i radości. Prefekt też coś krzyczał, ale moja głowa była zapełniona czymś innym. Nagle stanęliśmy i oprzytomniałam. Patrzyłam na nagą, wilgotną ścianę. Prefekt coś powiedział, a w ścianie otworzyły się kamienne drzwi. 
 Pokój wspólny Slytherinu był długim, nisko sklepionym lochem o kamiennych ścianach. Z sufitu zwieszały się na łańcuchach zielonkawe lampy. Wewnątrz bogato zdobionego kominka płonął ogień, a w rzeźbionych krzesłach z poręczami już rozsiadali się starsi Ślizgoni.
 Wskazano nam drzwi do domitorium, a ja ruszyłam w tę stronę za resztą dziewczyn. Otwarłam drzwi i weszłam do środka. Komnata sypialna miała pięć łóżek, każde z kolumienkami w rogach, między którymi wisiały aksamitne, jasnozielone zasłony. Mój kufer już tam stał. Usiadłam na łóżku i czekałam na resztę dziewczyn. 
 Po chwili do pokoju wpadły cztery, roześmiane Ślizgonki w moim wieku. Jedna miała długie, białe włosy. Śmiała się najgłośniej. Kolejna również miała długie włosy, tylko, że jej miały odcień blondu. W uszach miała kolczyki z kryształkami. Następna miała krótkie czarne włosy i piegi. Cały czas opowiadał żarty, a reszta się z nich śmiała. Ostatnia z dziewczyn miała kruczoczarne włosy po ramiona. Gdy mnie zobaczyły stanęły jak wryte.
- Kim ty jesteś? - spytała ostatnia. 
- Megan Farewell, a wy? 
- Ja jestem Pansy Parkinson. - przedstawiła się. - Myślałam, że będziemy we czwórkę. 
- Bardzo mi przykro z tego powodu - powiedziałam szczerze. - ale tu jest mój kufer więc...
- Pansy nie stresuj się, na sto procent dogadamy się z Megan. - powiedziała białowłosa. - Cześć, jestem Katie Moon. - podała mi dłoń.
 Pozostałe dwie też się przedstawiły. Blondynka nazywa się Angelina Nott, a czarnowłosa Millicenta Bulstrode. Pamiętam ją. Jako pierwsza trafiła do Slytherinu. Wszystkie Ślizgonki usiadły na swoich łóżkach. Wzięłam zwój pergaminu i napisałam do rodziców: 

,,Nie wiem jak to się stało, ale jestem Ślizgonką. Przepraszam''

 Przywiązałam list do nóżki Jane i wypuściłam ją. Żadna z dziewczyn nie zwracała na mnie uwagi, więc poszłam się do łazienki i przebrałam się w piżamę. Wisiorek cały czas miałam schowany pod ubraniem, ale gdy zasunęłam kotary zdjęłam do i schowałam pod poduszkę. Zaraz potem sama się położyłam i usnęłam. 





Cześć!
Mam nadzieję, że rozdział się wam podobał. Starałam się urozmaicać słowa i cały czas nie używać tych samych. Planuję też kilka zmian na blogu. Piszcie w komentarzach jak wam się podoba. To bardzo motywuje 
Pozdrawiam! 

poniedziałek, 16 marca 2015

Pierwszy rok - rozdział 3

 Minął cały sierpień. Dziś jest pierwszy września. Spakowałam już mój kufer. Teraz czekam tylko, aż tata i mama skończą się o coś kłócić i jedziemy. Ich kłótnia trwa od samego rana. Nie przysłuchuję się jej zbytnio. Jestem zbyt podniecona Hogwartem. W końcu o dziesiątej postanawiam im przerwać. Wchodzę do kuchni, w której są od ósmej i mówię: 
- Mamo! Tato! Jedziemy na dworzec! 
 Popatrzyli na mnie jakbym spadła z kosmosu, ale zaraz potem oprzytomnieli i załadowali mój kufer na ich miotły. Następnie tata rzucił jakieś zaklęcie i wsiedliśmy na miotły. Ja leciałam z mamą, a tata sam. Na dworzec King's Cross dotarliśmy chwilę później. Wylądowaliśmy w zaułku i zeszliśmy z mioteł. Tata ciągnął mój kufer, a mama niosła klatkę z Jane. Kiedy tylko się dowiedziała jak moja sowa ma na imię zaprowadziła tata za ucho na dwór i było słychać, że na niego krzyczała. Nie wiem, o co poszło. Tata wrzucił mój kufer na wózek bagażowy, a mama położyła na nim klatkę. Pchałam mój wózek, aż do peronu dziewiątego. Rozglądnęłam się. 
- Tato, gdzie jest peron dziewięć i trzy-czwarte?
 Mama zachichotała, a tata wytłumaczył mi, że wchodzi się w ścianę pomiędzy dziewiątym a dziesiątym peronem. Pokiwałam powoli głową i podeszliśmy do ściany. Tata rozglądnął się, a potem kiwnął głową. Weszłam w ścianę i znalazłam się na odpowiednim peronie. W koło kłębiło się wiele dzieci, nastolatków i dorosłych. Wszyscy chyba się żegnali. Rodzice wkroczyli na peron. Tata wziął głęboki wdech i zaczął mówić:
- Kochanie, zobaczymy się dopiero na feriach świątecznych, jasne? Napisz nam do jakiego domu trafiłaś. 
 Skinęłam głową, a mama mnie przytuliła. Pociąg zagwizdał i tata pomógł mi zanieść kufer z klatką do pociągu. Przytulił mnie i wysiadł. Zaczęłam szukać wolnego przedziału. Minęłam może dwa, kiedy w końcu się poddałam. Usiadłam na bagażu i odpoczywałam.
- Może ci pomóc? - spytał ktoś za mną.
 Odwróciłam się. Stało tam trzech chłopców. Stojący po środku miał bladą i chudą twarz oraz blond włosy. Pozostali dwaj byli tędzy i mieli paskudne miny. Wyglądali na goryli tego trzeciego. 
- Słucham? - spytałam skołowana. 
- Pytałem czy ci pomóc. Oni z przyjemnością zaniosą twój kufer do naszego przedziału. - goryle pokiwały głowami. - To jest Crabbe, a to Goyle, a ja nazywam się Malfoy. Draco Malfoy.
- Miło mi. - powiedziałam. - Jestem Megan Farewell.
 Podałam rękę Crabbe'owi, potem Goyle'owi. Oboje ją uścisnęli. Następnie podałam ją Draco. Popatrzył na mnie zdziwionym wzrokiem, ale uścisnął ją. 
- Crabbe, Goyle bierzcie kufer Megan. - rozkazał. - Choć Megan. 
 Wzięłam klatkę z Jane i poszłam za Draco. Co chwila spoglądałam na Crabbe'a i Goyle'a, którzy choć nieśli mój ciężki kufer nie zrobili się czerwoni. W końcu Draco otworzył drzwi do pustego przedziału. Crabbe i Goyle położyli mój kufer koło jakiegoś innego. Teraz w przedziale były cztery kufry. Usiadłam obok Draco, a klatę położyłam obok siebie. Sprawdziłam czy mój medalion jest na miejscu. Bezpiecznie schowany pod moją bluzką. Na szczęście nadal tam był. Draco podejrzliwie mi się przyglądał. 
- Do jakiego domu trafisz? - spytał.
- A jak moja odpowiedź będzie się kłóciła z waszymi to wyrzucicie mnie z przedziału? 
- Ależ skąd! Mielibyśmy wyrzucić dziewczynę? 
- Chcę trafić do tego samego domu, co rodzicie. Ravenclawu, a wy? 
- My wszyscy do Slytherinu. Jak nasze rodziny. 
 Crabbe i Goyle pokiwali głowami. Medalion zaciążył mi nie miło na szyi. 
- Słyszeliście, że Harry Potter jest w pociągu? - spytał Goyle. 
- Serio? - zdziwił się Draco. - Chłopaki ruszcie się. Idziemy to sprawdzić. 
 Wyszli z wagonu we trójkę. Ja w tym czasie przebrałam się w szatę. Zdjęłam mój medalion z szyi i obejrzałam go dokładnie. Nie ma w nim nic wyjątkowego, dlaczego tata chcę bym go nosiła? Wzruszyłam ramionami, założyłam wisiorek i schowałam go pod szatę. Popatrzyłam na klatkę. Jane patrzyła na mnie swoimi oczami. Nagle do środka wpadł Draco z Crabbe'm i Goyle'm. Wyglądał na zdenerwowanego. Nie odzywając się cała trójka przebrała się w szaty i dopiero wtedy usiedli, a Draco zaczął mówić:
- Głupi rudzielec się ze mnie nabijał, a głupi Potter nie ma godności zadając się z nim. Wiecie spotkałem go u Malkin. Dziwny z niego typ. Zadawał się z gajowym...
- Co w tym złego? - spytałam wchodząc mu w słowo. 
 Spojrzał na mnie jakbym z księżyca spadła. 
- Po co w ogóle przejmujesz się Harry'm Potter'em? Skoro cię wkurza to może go zignoruj? 
- Jaką masz krew? Czystą? Może jesteś półkrwi? A może mugolakiem? - spytał podejrzliwie. 
- Oczywiście, że czystej krwi! A ty Malfoy nie pozwalaj sobie na zbyt wiele! - powiedziałam oburzona.
- Dobra... nie ważne. - spojrzał w okno. - Wysiadamy. 
- A kufry?
 Przez korytarz przetoczył się głos:
- Za pięć minut będziemy w Hogwarcie. Proszę zostawić bagaże w pociągu, zostaną zabrane do szkoły osobno.
- Już wiesz, co z kuframi? - odparł nie miło. 
 Pociąg zaczął powoli zwalniać, aż w końcu się zatrzymał. Wszyscy pchali się do drzwi, a potem wyskakiwali na wąski, ciemny peron. Było chłodno. Nas naszymi głowami pojawiła się chybocząca lampa i ktoś krzyknął.
- Pirszoroczni! Pirszoroczni tutaj! - przerwał na chwilę. - No dalej, za mną... są jeszcze jacyś pirszoroczni? Patrzyć pod nogi! Pirszoroczni za mną! 
 Ślizgając się i potykając ruszyliśmy za olbrzymem z ogromną, włochatą brodą po czymś, co wyglądało na stromą, wąską ścieżkę. Po obu stronach było bardzo ciemno. 
- Zaraz zobaczycie Hogwart! - krzyknął olbrzym przez ramię. - Zaraz za tym zakrętem. 
 Wszyscy krzyknęli ,,Oooooch!'' 
 Wąska ścieżka wyprowadziła nas nagle na skraj wielkiego, czarnego jeziora. Po drugiej stronie, osadzony na wysokiej górze, z rozjarzonymi oknami na tle gwiaździstego nieba, wznosił się ogromny zamek z wieloma basztami i wieżyczkami. 
- Po czterech do łodzi, ani jednego więcej! - zawołał olbrzym, wskazując na flotyllę łódeczek przy brzegu. Weszłam do łódki z Draco, Crabbe'm i Goyle'm.
- Wszyscy siedzą? - krzyknął olbrzym ze swojej łódki. - No to... NAPRZÓD!
 Wszystkie łódki natychmiast pomknęły przez gładką ja zwierciadło tafle jeziora. Patrzyłam na wielki zamek. Piętrzył się nad nami coraz wyżej i wyżej, w miarę jak zbliżaliśmy się do urwiska, na którego szczycie był osadzony.
- Głowy w dół! - ryknął olbrzym, kredy pierwsza łódź dotarła do skalnej ściany. 
 Pochyliłam głowę. Nawet Draco, Crabbe i Goyle je pochylili. Przepłynęliśmy przez jakiś bluszcz, a chwilę potem dopłynęliśmy do czegoś w rodzaju podziemnej przystani. Wyszłam z łódki na skaliste nabrzeże. 
- Hej, ty tam! Czy to twoja ropucha? - zapytał olbrzym, kiedy sprawdzał łodzie.
- Teodora! - krzyknął uradowany, pulchny chłopiec, wyciągając ręce. 
 Draco zaczął z niego żartować. Zignorowałam go i ruszyłam w górę po wydrążonym w skale korytarzem, idąc prawie po omacki za lampą olbrzyma, aż w końcu wyszłam na gładką, wilgotną murawę w cieniu zamku. Weszłam po kamiennych stopniach i wszyscy stoczyli się wokół olbrzymiej, dębowej bramy. 
- Wszyscy są? Ty tam, masz swoją ropuchę? 
 Olbrzym uniósł swoją wielką pięść i trzykrotnie uderzył nią w bramę zamku. 

niedziela, 1 marca 2015

Pierwszy rok - rozdział 2

 Nadeszła sobota i razem z mamą i tatą pojechałam na ulicę Pokątną. Przeszliśmy przez Dziurawy Kocioł. Barman Tom nawet zawołał do taty czy podać mu to, co ostatnio. Tata bardzo się zmieszał, a mama od razu wypchnęła nas z lokalu. Potem ,,przeszliśmy'' przez ceglany mur i już byliśmy na pokątnej. Najpierw poszliśmy do banku Gringotta. Skrytka numer 564. Wyjęliśmy trochę galeonów, trochę sykli i trochę knutów, a potem ruszyliśmy na sklepy.
- Czego potrzebujesz? - spytał tata.
 Spojrzałam na listę i przeczytałam:

HOGWART
SZKOŁA
MAGII i CZARODZIEJSTWA

 UMUNDUROWANIE
Studenci pierwszego roku muszą mieć:
1. Trzy komplety szat roboczych (czarnych)
2. Jedną zwykłą spiczastą tiarę dzienną (czarną)
3. Jedną parę rękawic ochronnych (ze smoczej skóry albo podobnego rodzaju)
4. Jeden płaszcz zimowy (czarny, zapinki srebrne)
UWAGA: wszystkie stroję uczniów powinny być zaopatrzone w naszywki z imieniem.

PODRĘCZNIKI
 Wszyscy studenci powinni mieć po jednym egzemplarzu następujących dzieł:
 Standardowa księga zaklęć (1 stopień)  Mirandy Goshawk
 Dzieje magii  Bathildy Bagshot
 Teoria magii   Adalberta Wafflinga
 Wprowadzenie do transmutacji (dla początkujących)  Emerika Switcha
 Tysiąc magicznych ziół i grzybów  Phyllidy Spore
 Magiczne wzory i napoje  Arseniusa Jiggera
 Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć  Newta Scamandera
 Ciemne moce: Poradnik samoobrony  Quentina Trimble'a

POZOSTAŁE WYPOSAŻENIE
1 różdżka
1 kociołek (cynowy, rozmiar 2)
1 zestaw szklanych lub kryształowych fiolek
1 teleskop
1 miedziana waga z odważnikami
 Studenci mogą mieć także jedną sowę ALBO jednego kota, ALBO jedną ropuchę

PRZYPOMINA SIĘ RODZICOM, ŻE STUDENTOM PIERWSZYCH LAT NIE ZEZWALA SIĘ NA POSIADANIE WŁASNYCH MIOTEŁ

- To gdzie idziemy najpierw? - spytałam.
- Chodźmy do Madame Malkin. - powiedziała mama.
 Ruszyliśmy do sklepu z szyldem: MADAME MALKIN - SZATY NA WSZYSTKIE OKAZJE. Weszliśmy do sklepu. Powitała nas przysadzista uśmiechnięta czarownica ubrana na fioletowo.
- Hogwart, tak, kochanieńka? - powiedziała. - Ostatnio wielu mnie odwiedza. Dzisiaj jeszcze nikogo nie było.
 Poprowadziła mnie na stołek, włożyła mi przez głowę szatę i zaczęła zaznaczać szpilkami właściwą długość. Stałam tam jakiś czas po czym Madame Malkin oznajmiła:
- Gotowe, kochanie.
 Zeszłam ze stołka, tata zapłacił i wyszliśmy ze sklepu, ale mamy z nami nie było.
- Gdzie mama?
- Poszła po twoje książki. Ja mam iść z tobą po różdżkę i resztę przyborów szkolnych. - spojrzał na listę. - To teraz idziemy po kociołki?
 Ruszyliśmy z tatą po kociołek. Zanim znaleźliśmy odpowiedni kociołek minęło dziesięć minut. Potem jeszcze szukaliśmy szklanych fiolek, wagi z odważnikami. Jak już to kupiliśmy to poszliśmy do kolejnego sklepu po teleskop. Potem poszliśmy do sklepu zoologicznego i kupiliśmy piękną, czarną sowę z białym symbolem w kształcie gwiazdki. Zakochałam się w niej. Tata powiedział, żeby nazwać ją Jane. Nie wiem dlaczego, ale zgodziłam się. Później poszliśmy po różdżkę do sklepu z szyldem: OLLIVANDEROWIE: WYTWÓRCY NAJLEPSZYCH RÓŻDŻEK OD 382 R. PRZED NOWĄ ERĄ. Na zakurzonej wystawie leżała na wyblakłej poduszce jedna jedyna róźdżka.
 Weszliśmy do środka, a gdzieś w głębi sklepu zabrzmiał dzwoneczek. Był to maleńki sklep, zupełnie pusty, jeśli nie liczyć jednego krzesła z wysokim oparciem i wąskich pudełek piętrzących się od podłogi do sufitu.
- Dobry wieczór. - rozległ się cichy głos.
- Dobry wieczór, dobry wieczór, przyszliśmy po różdżkę dla córki.
 Pan Ollivander popatrzył na mnie i powiedział.
- Jesteś podobna do taty. Pamiętam jak kupował swoją pierwszą różdżkę, a wracał tu chyba, co roku. Przyznaj się Antonio. Jak je tak szybko psułeś? Przecież różdżka jedenaście cali, dębowa, była różdżką bardzo mocną. Wręcz znakomitą.
- To nie czas na pogaduchy o moich poczynaniach w Hogwarcie. To czas na wybranie różdżki dla mojej córeczki.
 Pan Ollivander spojrzał na mnie i wyciągnął z kieszeni długą taśmę ze srebrną podziałką.
- Która ręka ma moc?
- Jest praworęczna. - odpowiedział za mnie tata.
- Dziewczynka nie umie mówić?
- Umiem! - zaprotestowałam. - Jestem praworęczna.
- Wyciągnij tą rękę. Dobrze.
 Zmierzył mi rękę od ramienia do palca wskazującego, potem od nadgarstka do łokcia, a następnie odległość od ramienia do podłogi i od kolana do pachy, a wreszcie obwód głowy.
- Każda różdżka od Ollivandera ma rdzeń z jakiejś potężnej substancji magicznej, panienko Farewell. Używamy rogów jednorożca, piór z ogona feniksa i smoczych serc. - taśma zaczęła mierzyć obwód mojego nosa. - Nie ma dwóch jednakowych różdżek, podobnie jak nie ma dwóch jednakowych  jednorożców, smoków czy feniksów. No i, oczywiście, nigdy się nie osiągnie równie pomyślnych rezultatów, używając różdżki innego czarodzieja.
 Pan Ollivander kręcił się przy półkach zdejmując z nich różne pudła.
- Dość. - powiedział, a taśma opadła na podłogę, gdzie zwinęła się w kłębek. - No dobrze, panienko Farewell. Proszę spróbować tej. Drewno mahoniowe i pióro feniksa. Dziesięć i pół cala. Ładna i praktyczna. Proszę wziąć i machnąć.
 Machnęłam nią lekko i poczułam uderzenie gorąca w palcach. Snop czerwonych i złotych iskier wystrzelił z jej końca, jak laseczki zimnego ognia, rzucając na ściany roztańczone plamki światła. Tata zaklaskał, a pan Ollivander zawołał:
- Brawo! Bardzo dobrze. To będzie pięćdziesiąt galeonów. - tata zapłacił. - Życzę państwu miłego dnia.
 Pożegnaliśmy się z panem Ollivanderem i ruszyliśmy w stronę Dziurawego Kotła. W połowie drogi dogoniła nas mama, która niosła mnóstwo książek. Opowiedziałam jej o wszystkim i wróciliśmy do domu. Już za miesiąc będę w HOGWARCIE!