Nadeszła sobota i razem z mamą i tatą pojechałam na ulicę Pokątną. Przeszliśmy przez Dziurawy Kocioł. Barman Tom nawet zawołał do taty czy podać mu to, co ostatnio. Tata bardzo się zmieszał, a mama od razu wypchnęła nas z lokalu. Potem ,,przeszliśmy'' przez ceglany mur i już byliśmy na pokątnej. Najpierw poszliśmy do banku Gringotta. Skrytka numer 564. Wyjęliśmy trochę galeonów, trochę sykli i trochę knutów, a potem ruszyliśmy na sklepy.
- Czego potrzebujesz? - spytał tata.
Spojrzałam na listę i przeczytałam:
HOGWART
SZKOŁA
MAGII i CZARODZIEJSTWA
UMUNDUROWANIE
Studenci pierwszego roku muszą mieć:
1. Trzy komplety szat roboczych (czarnych)
2. Jedną zwykłą spiczastą tiarę dzienną (czarną)
3. Jedną parę rękawic ochronnych (ze smoczej skóry albo podobnego rodzaju)
4. Jeden płaszcz zimowy (czarny, zapinki srebrne)
UWAGA: wszystkie stroję uczniów powinny być zaopatrzone w naszywki z imieniem.
PODRĘCZNIKI
Wszyscy studenci powinni mieć po jednym egzemplarzu następujących dzieł:
Standardowa księga zaklęć (1 stopień) Mirandy Goshawk
Dzieje magii Bathildy Bagshot
Teoria magii Adalberta Wafflinga
Wprowadzenie do transmutacji (dla początkujących) Emerika Switcha
Tysiąc magicznych ziół i grzybów Phyllidy Spore
Magiczne wzory i napoje Arseniusa Jiggera
Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć Newta Scamandera
Ciemne moce: Poradnik samoobrony Quentina Trimble'a
POZOSTAŁE WYPOSAŻENIE
1 różdżka
1 kociołek (cynowy, rozmiar 2)
1 zestaw szklanych lub kryształowych fiolek
1 teleskop
1 miedziana waga z odważnikami
Studenci mogą mieć także jedną sowę ALBO jednego kota, ALBO jedną ropuchę
PRZYPOMINA SIĘ RODZICOM, ŻE STUDENTOM PIERWSZYCH LAT NIE ZEZWALA SIĘ NA POSIADANIE WŁASNYCH MIOTEŁ
- To gdzie idziemy najpierw? - spytałam.
- Chodźmy do Madame Malkin. - powiedziała mama.
Ruszyliśmy do sklepu z szyldem: MADAME MALKIN - SZATY NA WSZYSTKIE OKAZJE. Weszliśmy do sklepu. Powitała nas przysadzista uśmiechnięta czarownica ubrana na fioletowo.
- Hogwart, tak, kochanieńka? - powiedziała. - Ostatnio wielu mnie odwiedza. Dzisiaj jeszcze nikogo nie było.
Poprowadziła mnie na stołek, włożyła mi przez głowę szatę i zaczęła zaznaczać szpilkami właściwą długość. Stałam tam jakiś czas po czym Madame Malkin oznajmiła:
- Gotowe, kochanie.
Zeszłam ze stołka, tata zapłacił i wyszliśmy ze sklepu, ale mamy z nami nie było.
- Gdzie mama?
- Poszła po twoje książki. Ja mam iść z tobą po różdżkę i resztę przyborów szkolnych. - spojrzał na listę. - To teraz idziemy po kociołki?
Ruszyliśmy z tatą po kociołek. Zanim znaleźliśmy odpowiedni kociołek minęło dziesięć minut. Potem jeszcze szukaliśmy szklanych fiolek, wagi z odważnikami. Jak już to kupiliśmy to poszliśmy do kolejnego sklepu po teleskop. Potem poszliśmy do sklepu zoologicznego i kupiliśmy piękną, czarną sowę z białym symbolem w kształcie gwiazdki. Zakochałam się w niej. Tata powiedział, żeby nazwać ją Jane. Nie wiem dlaczego, ale zgodziłam się. Później poszliśmy po różdżkę do sklepu z szyldem: OLLIVANDEROWIE: WYTWÓRCY NAJLEPSZYCH RÓŻDŻEK OD 382 R. PRZED NOWĄ ERĄ. Na zakurzonej wystawie leżała na wyblakłej poduszce jedna jedyna róźdżka.
Weszliśmy do środka, a gdzieś w głębi sklepu zabrzmiał dzwoneczek. Był to maleńki sklep, zupełnie pusty, jeśli nie liczyć jednego krzesła z wysokim oparciem i wąskich pudełek piętrzących się od podłogi do sufitu.
- Dobry wieczór. - rozległ się cichy głos.
- Dobry wieczór, dobry wieczór, przyszliśmy po różdżkę dla córki.
Pan Ollivander popatrzył na mnie i powiedział.
- Jesteś podobna do taty. Pamiętam jak kupował swoją pierwszą różdżkę, a wracał tu chyba, co roku. Przyznaj się Antonio. Jak je tak szybko psułeś? Przecież różdżka jedenaście cali, dębowa, była różdżką bardzo mocną. Wręcz znakomitą.
- To nie czas na pogaduchy o moich poczynaniach w Hogwarcie. To czas na wybranie różdżki dla mojej córeczki.
Pan Ollivander spojrzał na mnie i wyciągnął z kieszeni długą taśmę ze srebrną podziałką.
- Która ręka ma moc?
- Jest praworęczna. - odpowiedział za mnie tata.
- Dziewczynka nie umie mówić?
- Umiem! - zaprotestowałam. - Jestem praworęczna.
- Wyciągnij tą rękę. Dobrze.
Zmierzył mi rękę od ramienia do palca wskazującego, potem od nadgarstka do łokcia, a następnie odległość od ramienia do podłogi i od kolana do pachy, a wreszcie obwód głowy.
- Każda różdżka od Ollivandera ma rdzeń z jakiejś potężnej substancji magicznej, panienko Farewell. Używamy rogów jednorożca, piór z ogona feniksa i smoczych serc. - taśma zaczęła mierzyć obwód mojego nosa. - Nie ma dwóch jednakowych różdżek, podobnie jak nie ma dwóch jednakowych jednorożców, smoków czy feniksów. No i, oczywiście, nigdy się nie osiągnie równie pomyślnych rezultatów, używając różdżki innego czarodzieja.
Pan Ollivander kręcił się przy półkach zdejmując z nich różne pudła.
- Dość. - powiedział, a taśma opadła na podłogę, gdzie zwinęła się w kłębek. - No dobrze, panienko Farewell. Proszę spróbować tej. Drewno mahoniowe i pióro feniksa. Dziesięć i pół cala. Ładna i praktyczna. Proszę wziąć i machnąć.
Machnęłam nią lekko i poczułam uderzenie gorąca w palcach. Snop czerwonych i złotych iskier wystrzelił z jej końca, jak laseczki zimnego ognia, rzucając na ściany roztańczone plamki światła. Tata zaklaskał, a pan Ollivander zawołał:
- Brawo! Bardzo dobrze. To będzie pięćdziesiąt galeonów. - tata zapłacił. - Życzę państwu miłego dnia.
Pożegnaliśmy się z panem Ollivanderem i ruszyliśmy w stronę Dziurawego Kotła. W połowie drogi dogoniła nas mama, która niosła mnóstwo książek. Opowiedziałam jej o wszystkim i wróciliśmy do domu. Już za miesiąc będę w HOGWARCIE!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz