poniedziałek, 16 marca 2015

Pierwszy rok - rozdział 3

 Minął cały sierpień. Dziś jest pierwszy września. Spakowałam już mój kufer. Teraz czekam tylko, aż tata i mama skończą się o coś kłócić i jedziemy. Ich kłótnia trwa od samego rana. Nie przysłuchuję się jej zbytnio. Jestem zbyt podniecona Hogwartem. W końcu o dziesiątej postanawiam im przerwać. Wchodzę do kuchni, w której są od ósmej i mówię: 
- Mamo! Tato! Jedziemy na dworzec! 
 Popatrzyli na mnie jakbym spadła z kosmosu, ale zaraz potem oprzytomnieli i załadowali mój kufer na ich miotły. Następnie tata rzucił jakieś zaklęcie i wsiedliśmy na miotły. Ja leciałam z mamą, a tata sam. Na dworzec King's Cross dotarliśmy chwilę później. Wylądowaliśmy w zaułku i zeszliśmy z mioteł. Tata ciągnął mój kufer, a mama niosła klatkę z Jane. Kiedy tylko się dowiedziała jak moja sowa ma na imię zaprowadziła tata za ucho na dwór i było słychać, że na niego krzyczała. Nie wiem, o co poszło. Tata wrzucił mój kufer na wózek bagażowy, a mama położyła na nim klatkę. Pchałam mój wózek, aż do peronu dziewiątego. Rozglądnęłam się. 
- Tato, gdzie jest peron dziewięć i trzy-czwarte?
 Mama zachichotała, a tata wytłumaczył mi, że wchodzi się w ścianę pomiędzy dziewiątym a dziesiątym peronem. Pokiwałam powoli głową i podeszliśmy do ściany. Tata rozglądnął się, a potem kiwnął głową. Weszłam w ścianę i znalazłam się na odpowiednim peronie. W koło kłębiło się wiele dzieci, nastolatków i dorosłych. Wszyscy chyba się żegnali. Rodzice wkroczyli na peron. Tata wziął głęboki wdech i zaczął mówić:
- Kochanie, zobaczymy się dopiero na feriach świątecznych, jasne? Napisz nam do jakiego domu trafiłaś. 
 Skinęłam głową, a mama mnie przytuliła. Pociąg zagwizdał i tata pomógł mi zanieść kufer z klatką do pociągu. Przytulił mnie i wysiadł. Zaczęłam szukać wolnego przedziału. Minęłam może dwa, kiedy w końcu się poddałam. Usiadłam na bagażu i odpoczywałam.
- Może ci pomóc? - spytał ktoś za mną.
 Odwróciłam się. Stało tam trzech chłopców. Stojący po środku miał bladą i chudą twarz oraz blond włosy. Pozostali dwaj byli tędzy i mieli paskudne miny. Wyglądali na goryli tego trzeciego. 
- Słucham? - spytałam skołowana. 
- Pytałem czy ci pomóc. Oni z przyjemnością zaniosą twój kufer do naszego przedziału. - goryle pokiwały głowami. - To jest Crabbe, a to Goyle, a ja nazywam się Malfoy. Draco Malfoy.
- Miło mi. - powiedziałam. - Jestem Megan Farewell.
 Podałam rękę Crabbe'owi, potem Goyle'owi. Oboje ją uścisnęli. Następnie podałam ją Draco. Popatrzył na mnie zdziwionym wzrokiem, ale uścisnął ją. 
- Crabbe, Goyle bierzcie kufer Megan. - rozkazał. - Choć Megan. 
 Wzięłam klatkę z Jane i poszłam za Draco. Co chwila spoglądałam na Crabbe'a i Goyle'a, którzy choć nieśli mój ciężki kufer nie zrobili się czerwoni. W końcu Draco otworzył drzwi do pustego przedziału. Crabbe i Goyle położyli mój kufer koło jakiegoś innego. Teraz w przedziale były cztery kufry. Usiadłam obok Draco, a klatę położyłam obok siebie. Sprawdziłam czy mój medalion jest na miejscu. Bezpiecznie schowany pod moją bluzką. Na szczęście nadal tam był. Draco podejrzliwie mi się przyglądał. 
- Do jakiego domu trafisz? - spytał.
- A jak moja odpowiedź będzie się kłóciła z waszymi to wyrzucicie mnie z przedziału? 
- Ależ skąd! Mielibyśmy wyrzucić dziewczynę? 
- Chcę trafić do tego samego domu, co rodzicie. Ravenclawu, a wy? 
- My wszyscy do Slytherinu. Jak nasze rodziny. 
 Crabbe i Goyle pokiwali głowami. Medalion zaciążył mi nie miło na szyi. 
- Słyszeliście, że Harry Potter jest w pociągu? - spytał Goyle. 
- Serio? - zdziwił się Draco. - Chłopaki ruszcie się. Idziemy to sprawdzić. 
 Wyszli z wagonu we trójkę. Ja w tym czasie przebrałam się w szatę. Zdjęłam mój medalion z szyi i obejrzałam go dokładnie. Nie ma w nim nic wyjątkowego, dlaczego tata chcę bym go nosiła? Wzruszyłam ramionami, założyłam wisiorek i schowałam go pod szatę. Popatrzyłam na klatkę. Jane patrzyła na mnie swoimi oczami. Nagle do środka wpadł Draco z Crabbe'm i Goyle'm. Wyglądał na zdenerwowanego. Nie odzywając się cała trójka przebrała się w szaty i dopiero wtedy usiedli, a Draco zaczął mówić:
- Głupi rudzielec się ze mnie nabijał, a głupi Potter nie ma godności zadając się z nim. Wiecie spotkałem go u Malkin. Dziwny z niego typ. Zadawał się z gajowym...
- Co w tym złego? - spytałam wchodząc mu w słowo. 
 Spojrzał na mnie jakbym z księżyca spadła. 
- Po co w ogóle przejmujesz się Harry'm Potter'em? Skoro cię wkurza to może go zignoruj? 
- Jaką masz krew? Czystą? Może jesteś półkrwi? A może mugolakiem? - spytał podejrzliwie. 
- Oczywiście, że czystej krwi! A ty Malfoy nie pozwalaj sobie na zbyt wiele! - powiedziałam oburzona.
- Dobra... nie ważne. - spojrzał w okno. - Wysiadamy. 
- A kufry?
 Przez korytarz przetoczył się głos:
- Za pięć minut będziemy w Hogwarcie. Proszę zostawić bagaże w pociągu, zostaną zabrane do szkoły osobno.
- Już wiesz, co z kuframi? - odparł nie miło. 
 Pociąg zaczął powoli zwalniać, aż w końcu się zatrzymał. Wszyscy pchali się do drzwi, a potem wyskakiwali na wąski, ciemny peron. Było chłodno. Nas naszymi głowami pojawiła się chybocząca lampa i ktoś krzyknął.
- Pirszoroczni! Pirszoroczni tutaj! - przerwał na chwilę. - No dalej, za mną... są jeszcze jacyś pirszoroczni? Patrzyć pod nogi! Pirszoroczni za mną! 
 Ślizgając się i potykając ruszyliśmy za olbrzymem z ogromną, włochatą brodą po czymś, co wyglądało na stromą, wąską ścieżkę. Po obu stronach było bardzo ciemno. 
- Zaraz zobaczycie Hogwart! - krzyknął olbrzym przez ramię. - Zaraz za tym zakrętem. 
 Wszyscy krzyknęli ,,Oooooch!'' 
 Wąska ścieżka wyprowadziła nas nagle na skraj wielkiego, czarnego jeziora. Po drugiej stronie, osadzony na wysokiej górze, z rozjarzonymi oknami na tle gwiaździstego nieba, wznosił się ogromny zamek z wieloma basztami i wieżyczkami. 
- Po czterech do łodzi, ani jednego więcej! - zawołał olbrzym, wskazując na flotyllę łódeczek przy brzegu. Weszłam do łódki z Draco, Crabbe'm i Goyle'm.
- Wszyscy siedzą? - krzyknął olbrzym ze swojej łódki. - No to... NAPRZÓD!
 Wszystkie łódki natychmiast pomknęły przez gładką ja zwierciadło tafle jeziora. Patrzyłam na wielki zamek. Piętrzył się nad nami coraz wyżej i wyżej, w miarę jak zbliżaliśmy się do urwiska, na którego szczycie był osadzony.
- Głowy w dół! - ryknął olbrzym, kredy pierwsza łódź dotarła do skalnej ściany. 
 Pochyliłam głowę. Nawet Draco, Crabbe i Goyle je pochylili. Przepłynęliśmy przez jakiś bluszcz, a chwilę potem dopłynęliśmy do czegoś w rodzaju podziemnej przystani. Wyszłam z łódki na skaliste nabrzeże. 
- Hej, ty tam! Czy to twoja ropucha? - zapytał olbrzym, kiedy sprawdzał łodzie.
- Teodora! - krzyknął uradowany, pulchny chłopiec, wyciągając ręce. 
 Draco zaczął z niego żartować. Zignorowałam go i ruszyłam w górę po wydrążonym w skale korytarzem, idąc prawie po omacki za lampą olbrzyma, aż w końcu wyszłam na gładką, wilgotną murawę w cieniu zamku. Weszłam po kamiennych stopniach i wszyscy stoczyli się wokół olbrzymiej, dębowej bramy. 
- Wszyscy są? Ty tam, masz swoją ropuchę? 
 Olbrzym uniósł swoją wielką pięść i trzykrotnie uderzył nią w bramę zamku. 

2 komentarze:

  1. Nie jestem typem czepialskim, ale SYNONIMY!!! Powtórzenia są straszne i nie da się miejscami tego czytać. Sama historia nawet ciekawa, ale nie dotrwałam do końca.

    OdpowiedzUsuń